
Ludzie dobrej woli częstokroć przynoszą do zoo znalezione zwierzęta bądź to dzikie bądź domowe, kalekie, osierocone czy też z innych powodów niezdolne do samodzielnej egzystencji. Jeśli nie są to małe sarenki i zajączki, które z reguły należy zostawić tam, gdzie się je znalazło, bo wbrew pozorom, wcale nie zostały osierocone okazy takie po udzieleniu im odpowiedniej pomocy mogą albo na stałe wzbogacić obsadę zoo albo wrócić na swobodę. Pomimo że takie akcje ratownicze są nadprogramowym obciążeniem dla pracowników (mam tu na myśli zwłaszcza Autorkę, której nieraz przysparzają wiele kłopotu i pracy) — poza aspektem humanitarnym mają one także ogromne znaczenie wychowawcze, działając jako przykład dla młodzieży i dorosłych. I to właśnie jest jeszcze jedną nową rolą ogrodu zoologicznego — do jego funkcji demonstracyjno-dydaktycznej we wzrastającym stopniu powinno przyłączać się kształtowanie w społeczeństwie kultury współżycia ze zwierzętami.
Tak to właśnie osobliwym biegiem wydarzeń my, późne wnuki dawno wygasłych zwierząt, po dziesiątkach i setkach tysięcy lat pogłębiających się rozbieżności i po przebyciu bardzo krętych i ślepych ścieżek ludzkiego już myślenia, teraz jakby na nowo zwierzęta odkrywamy, starając się je zrozumieć wszystkimi dostępnymi, ale i zarazem dopuszczalnymi metodami.