
Prawa średniowieczne stwarzały ograniczenia odnoszące się do świadka. Ot, choćby statuty Kazimierza Wielkiego zezwalały na zeznawanie jedynie osobom „dobrej sławy". Nie mogli więc być świadkami karani za przestępstwa hańbiące i ludzie z nieprawego łoża. Według tychże statutów można było wprawdzie powołać do zeznań osobę wyklętą (ekskomunikowaną), ale tylko wyjątkowo, gdy nikt inny w sprawie zeznawać nie mógł, a rozstrzygnięcie wymagało dowodu świadka.
A propos dopuszczalności odbioru zeznań tylko od ludzi dobrej sławy, przypomniałem sobie niedawny proces pewnego ajenta zakładu gastronomicznego, którego oskarżono o ułatwianie uprawiania nierządu. Istotą zarzutu było żądanie przez niego kilkusetzłotowych okupów od pań podejrzanej konduity za prawo wstępu do lokalu. Ponieważ w ten sposób panie łatwiej mogły, nie spacerując po ulicy, usidlać „klienta" spośród zagranicznych gości baru — płaciły. Wszyscy świadkowie w tym procesie byli bardzo złej sławy. Gdyby nasze prawo wymagało od świadków patentu nieposzlakowanej moralności, ajent uprawiałby zapewne swój proceder do starości, jako że dowodów w jego sprawie dostarczyć mogły tylko owe panie, z którymi obchodził się tak brutalnie. Przy okazji przytoczę też zabawną obronę oskarżonego, który ustępując wobec stwierdzonych licznymi zeznaniami faktów wywodził, że haracze, które kazał płacić, nie tylko nie ułatwiały paniom uprawiania nierządu, jak to napisano w akcie oskarżenia, a wręcz utrudniały. I nie była to obrona pozbawiona sprytu.
Przenieśmy się jednak do średniowiecza. Ówczesne prawo polskie sądów miejskich znacznie ograniczało powoływanie świadków. Nie można było np. powołać do zeznań ani młodzieży poniżej lat 14, ani starców powyżej lat 70. Nie mogli zeznawać słudzy w interesie pana, pijacy, osoby trudniące się nierządem i (w zasadzie) kobiety, którym jedynie przysługiwało oświadczenie, czy dziecko urodziło się żywe. W tej tylko materii zeznania ich uznawano za wiarygodne, w innych nie wierzono. Nie mogli być też świadkami duchowni.